Blog > Komentarze do wpisu
Z dedykacją dla Domków Stałych - uratowaliście tyle istnień cz.3

Dzień bez Kocich Opowieści - dniem straconym. Wczoraj jednak zasypało nas po dach. Dziś już jesteśmy gotowi, mamy soczek malinowy, ciepły koc, masę pączków i bambosze. Możemy zaczynać :]

FAREL.

Nasz dzisiejszy odcinek rozpocznie dawny podopieczny z Domu Tymczasowego u delfin. Farel. Wyobraźcie sobie młodego kocurka biegającego po jednej z ulic warszawskiego Służewca pomiędzy samochodami. Kocurek próbował zwrócić na siebie uwagę przechodniów cichutkim płaczem. W końcu udało mu się. Nie wiemy, jak długo prosił o pomoc, jednak podejrzewamy, że musiało minąć kilka tygodni.

Był początek marca 2009, zima jeszcze nie ustępowała.

Kocurek był przemarznięty, przeziębiony, miał zapalenie oskrzeli, kaszel, katar. Łapka skaleczona. Futerko w opłakanym stanie, brudne, nie pachnące, zamieszkałe przez wszelkiej maści insekty. Oczko niewidzące, ale to stare schorzenie. Jednym słowem koci dramat.

Nazwaliśmy go Farel, ponieważ od pierwszego dnia próbował dogrzewać się na wysoko umieszczonym kaloryferze (do tej pory nie wiemy, jak on się tam dostawał) i na ciepłym parapecie. Dzięki temu oraz odpowiedniemu leczeniu i dobrej karmie - szybko wyzdrowiał.

W czerwcu 2009 został adoptowany przez młodą rodzinę i natychmiast przez wszystkich pokochany. Już przed wyjazdem z domu tymczasowego rodzinę zaakceptował, bardzo się cieszył wyjazdem (skąd on to wiedział???), sam zapakował się do postawionego transporterka i najwyraźniej nie mógł się doczekać. Mieszka w domku z ogródkiem, do którego niechętnie wychodzi, ponieważ uraz do otwartej przestrzeni pozostanie w nim chyba na zawsze.

Przed adopcją:

Farelek szykuje się do przeprowadzki:

I po adopcji:

Gdyby nie domek stały - Farelek nie miałby szansy poczuć się dla kogoś tym najważniejszym, najukochańszym... To największy dar, jaki można podarować kotu - troskliwą, odpowiedzialną opiekę oraz ciepło, takie Farelkowe ciepło, prosto z serducha :] Za to dziękujemy jego opiekunom. Ta adopcja pokazuje jak czasami warto patrzeć na kota sercem. Wtedy to, czy kiciuś widzi, staje się najmniej ważne. Ważne staje się to, że to my go widzimy.

Opiekunowie Farelka nie wiedzą pewnie o tym, że... przygarniając kiciusia stworzyli miejsce  w domu tymczasowym dla bardzo chorych kociąt, m. in. Cino i Kacperka. :]



PUSIA I MITKA

W kwietniu 2011 do domu tymczasowego przyjęte zostały dwie piękne, zabiedzone kocie siostry: Pusia i Mitka razem z trójką malutkich kociąt. Zaraz potem obie kotki przyjęły na wykarmienie trójkę innych osesków ze schroniska. Zrobiło się bardzo ciasno i ciężko.

Po wielu smutnych wydarzeniach, po walce o przeżycie, nadeszły spokojniejsze chwile. Z każdym dniem koteczki piękniały, przybierały na wadze. Futerka zrobiły się błyszczące i zdrowe. Długo czekały na swój domek, ale w końcu cierpliwość się opłaciła.

W styczniu 2012 pojawił się ten jeden na milion - szyty na miarę - domek i pokochał kotki. Mieszkają teraz razem w okazałym domu razem z dwoma niedużymi pieskami i próbują rządzić. Pusia, która jest kotką długowłosą, stanowi dla nowej Opiekunki prawdziwe wyzwanie. Nie lubi, gdy się ją dotyka i oskarża wzrokiem o potarganie. Nie lubi czesania ani szczotkowania. Dom tymczasowy nie radził sobie z tym futerkiem, ale nowa Opiekunka zapowiedziała, że zabiera się do roboty, strzyże dredy, bo kotka MUSI wyglądać, jak prawdziwa dama. Na pewno sobie poradzi :]

To, co daje nam zawsze powód do ogromnej radości, to gdy do nowego domku może się przeprowadzić dwójka kocich przyjaciół. Takie sytuacje nie są zbyt częste i dlatego przechowujemy takie historie jak diamenciki. Dodają blasku w oczach, gdy wracamy następnego dnia do walki o kolejne kocie istnienie.

Przed adopcją:  

I po adopcji:

Opiekunka Pusi i Mitki pewnie o tym nie wie, ale przygarnięcie do siebie tych dwóch koteczek stworzyło wolne miejsca i dom tymczasowy przyjął trzy nowe koty ratując im życie. Mieszkały na dworze podczas ostatnich siarczystych mrozów z temperaturą sięgającą minus 20st. Nowe koty to: Blusia i Martysia z dzieckiem Maćkiem. Zostały przyjęte pod koniec stycznia 2012.



MILA zwana MENAŻKĄ

Ostatnio pisaliśmy o trójce kocich szkrabów - trzech kocich muszkieterach przechwyconych w drodze do innego domku tymczasowego w lipcu 2008 roku... Dzisiaj wracamy do tej historii przy okazji Mili, która tuż po adopcji zmieniła imię na Malażkę tudzież Menażkę :] Mila była największa z rodzeństwa i jako taka stanowiła kocią podporę dla pozostałej dwójki. Od samego początku zdawała się być najbardziej zamyśloną, refleksyjną kotką. Przyglądała się światu w bardzo filozoficzny sposób.Często zastanawiamy się, czy powodem tego filozoficznego zacięcia nie było spotkanie z różowym hipopotamem na samym początku pobytu w naszym domu tymczasowym... :]

Któregoś dnia Mila stwierdziła, że wyczekała się wystarczająco dużo na domek, że obgadała, co było do obgadania z hipopotamem i że pora spakować manatki i pójść w świat. Tak się złożyło, że bardzo fajni ludzie szukali w tym samym czasie kociej bratniej duszyczki. I tak się zaczęło... Nasza wspólna przygoda.

Bo nie wiem, czy wiecie, ale Opiekunowie Malażki przygarnęli do siebie również Laosia. A także dali tymczasowe schronienie i wyadoptowali już jako samodzielny domek tymczasowy 11 kotów (o ile mnie pamięć nie myli :)

I to jest dla mnie osobiście prawdziwa magia. Spotkanie Człowieka z Kotem, jeśli jest przemyślane i mądre wywołuję falę dobrych uczynków. Bo Koty tak właśnie wpływają na ludzi. Uwrażliwiają nas, jeśli tylko nauczymy się obserwować sercem nie tracąc przy tym głosu zdrowego rozsądku. Bo można pomagać. I można Pomagać. Opiekunowie Malażki Pomagają kociemu światu przez duże P.

A w najbliższą sobotę oddają do adopcji kolejnego kociego szczęściarza. I to jest to - "podaj dalej dobro". I to właśnie zrobili otwierając swoje serducho dla Menażki :]

Przed adopcją:

I po adopcji:

I jej obecny przyjaciel: 

MAJA.

I skoro już o trzech muszkieterach mowa - brakuje nam tu jeszcze historii Majeczki. Początek tej historii już znacie. A jak potoczyły się jej dalsze losy? Kiedy była już kocim podrostkiem zjawił się na "białym koniu" jej wymarzony domek. Domek, za którym wyglądała przez okno przez całe święta. W nowym domku czekał już na nią koci kolega - Pumba. Majeczka, zanim się przyzwyczaiła przez długi okres czasu dawała wycisk swoim Opiekunom ;) Miała problem z siusianiem, który pojawił się tuż przed pierwszą rujką i nie minął po sterylizacji. Opiekunowie walczyli bardzo dzielnie. I nigdy się nie poddali. Bo Maja była członkiem ich "stada". Bo kot to przede wszystkim członek rodziny, a dopiero potem zwierze. Pomogli więc kotce przejść obronną łapką przez kryzys. I dostali od Majeczki w prezencie "koniec sikania na łóżko" :) Potem pojawiło się na świecie dziecko i wraz z nim obawa o alergię. Takie wydarzenia dla większości kotów oznaczają wygnanie. Jednak na przykładzie Mai można opowiadać o szczęśliwych zakończeniach. Gdy z ust lekarza padło słynne już w Polsce "proszę się pozbyć kota" rodzina stanowczo powiedziała "nie". Jeśli ktoś z czytających nas teraz znajdzie w sieci mądre informacje o tym, jak sobie radzić z alergią - podsyłajcie je proszę do nas. Problem ten pojawia się bowiem tak często, że chcielibyśmy stworzyć dla przyszłych domków bazę informacji o tym, jak to jest z tą alergią i jak sobie z nią radzić.

Przed adopcją:

I po adopcji:

na zdjęciu z przytulonym do niej Pumbą

Tak więc Opiekunowie Mai zasługują na medal za cierpliwość dla majeczkowego sikania na łóżko, za spokój i opanowanie, dzięki któremu problem z czasem ustąpił oraz za genialne podejście do tematu alergii - na spokojnie, rzeczowo i bez wyrzucania z domu kota.

Pewnie Duzi Majeczki nie wiedzą o tym, że w dniu, w którym podjęli decyzję o adopcji i wybrali właśnie Maję, dali szansę na ratunek Melci.

WHISKAS vel MAŁY.

Wspomnieliśmy już raz o Whiskasie, kiedy Andzia zwolniła dla niego miejscówkę w naszym domu tymczasowym. Kiciuś w zasadzie od razu poczuł się jak u siebie na włościach. I choć nasza znajomość zaczęła się od oznakowania nam całej izolatki to udało nam się znaleźć kompromis pt. "znakowanie kuwetki cacy - znakowanie reszty pokoju fuj". Feliway, odrobina czasu oraz maaaaasa wietrzenia i prania kocyków pomogły nam ten kompromis utrzymać w mocy :) Jak się wkrótce okazało - Whiskas miał nam pokazać, że jak kot zaklepie sobie jakiś domek, gdzieś tam w kociej główce - to choćby się waliło i paliło - do innego domu nie pójdzie. Bo Whiskas przyciągał domki jak magnesik. Był jeden domek, niestety palący, Whiskas z kota, którego trzeba na siłę odklejać od człowieka, stał się w ułamku sekundy niechętny i bardzo czujny. Domek mu "nie pachniał" dobrze. Potem pojawił się domek, który na wejściu wziął go na ręce. Whiskasik był tak zdumiony, że przez resztę spotkania przesiedział zamknięty w sobie. Gdy już wstępnie był zaklepany termin przeprowadzki, Whiskas nabrał wody w... płucach. Byliśmy przerażeni tym, jak nagle to nastąpiło i że nie wiedzieliśmy co się dzieje. Gdy leki zaczęły działać, my zaczęliśmy dogłębną diagnozę. Wtedy pierwszy raz mieliśmy kontakt z kocim kardiologiem. Pani doktor miała duży problem żeby zbadać kocurka bo ten mruczał przy niej jak najęty. Ale watka z nieprzyjemnym preparatem podetknięta pod nosek wyłączyła mruczenie i włączyła diagnozę. I w zasadzie Whiskas mógłby być patronem tego tygodnia prawie tak samo dobrze jak Pysio. Bo wszystko sprowadzało się do serca. Choć pani kardiolog nie znalazła u Whiskasa żadnych serduszkowych anomialii, o tyle my poczuliśmy sercowy zawód wybranym domkiem, który coraz dogłębniej milczał... Zaczęliśmy więc poszukiwania domku od nowa. I wtedy wszystko nagle wskoczyło we właściwe miejsca. Trafił do nas dom. Szyty na miarę dla kocurka. I choć po przeprowadzce waćpan zrobił to, co zazwyczaj robi się do kuwetki na środku łóżka młodej opiekunki, którą wybrał sobie później za swojego przywódcę stada, to po reakcji Opiekunów wiedzieliśmy, że wszystko się dobrze ułoży.

Kiciuś dostał w prezencie od losu nie tylko cudowny dom, ale i kociego przyjaciela. Dwa razy większego od niego samego :) Dostał też na własność serca Opiekunów. To coś, bez czego żadne łakocie, żadne podusie, żadne zabawki nie dałyby poczucia, że jest się u siebie w domu.

Przed adopcją: 

I po adopcji z kocim kumplem Carlem:

Jednak Opiekunowie Whiskasa pewnie nie wiedzą, że dając mu dom, uratowali też innego kota. Białaczkowego Marcysia. Marcyś trafił do nas bardzo chory, jednak udało nam się stworzyć mu najlepszy dom, jaki potrafiliśmy. Marcyś odszedł wśród bliskich mu ludzi, wtulony w tymczasową opiekunkę rok później. Whiskas podarował temu kiciusiowi rok cudownego życia, w którym udało się odsunąć chorobę w cień na 12 miesięcy. I zastąpić ją ciepłem i mruczeniem. Do samego końca.

czwartek, 16 lutego 2012, kocieadopcje

Polecane wpisy

  • Z dedykacją dla Domków Stałych - uratowaliście tyle istnień cz.4

    I jak? Żyjecie po całym dniu? Siedzicie wygodnie? No to zaczynamy... :) Dziś opowiemy o losach kocich przyjaźni. O adopcjach "dwupaczków" oraz szczęśliwych doko

  • CO PISZĄ NASZE OGONKI, CZ. 3

    Dzisiaj po południu przybiegła do nas Lilunia taszcząc w pyszczku swój własny list do jej wirtualnej opiekunki, Pani Renaty. Lilunia była bardzo przejęta i chci

  • CO PISZĄ NASZE OGONKI, CZ. 1

    Płyniemy na fali miłości. Będziemy publikować listy, które w otoczce walentynkowej atmosfery postanowiły napisać Nasze Ogonki. Niektóre listy są jeszcze w trakc